Biegnę przez łąkę, bardzo się gdzieś spieszę, ale nie jestem pewna gdzie. Mam poczucie, że stanie się coś złego. Jakiś czarny kot czyha za krzakiem, żeby przynieść mi pecha. Dudnienie serca zmęczonego truchtem zdaje się wychodzić poza ciało i miarowo przyspiesza, zwiększając głośność.

sen-kot

Lekko podnoszę wzrok. To nie moje serce wydaje ten dźwięk. Na niedalekim horyzoncie pojawia się lokomotywa ciągnącą duże drewniane wagoniki, niczym krzywe domki skrzatów. Nagle w mojej głowie pojawia się obraz który już znam. Znam go bo był już w moim wcześniejszym śnie:

Spakowana i gotowa do wyjścia ruszam za miasto. Dostałam wskazówki, że tam gdzie muszę się dostać jest tylko jedna droga. Są to tory dawno zapomnianej i nieużywanej kolei. Dotarcie do stacji początkowej nie było bardzo trudne. Przedzieranie się przez bujne chaszcze sprawiało mi dużą przyjemność. Zdawało się, ze temperatura jest idealna, a popołudniowe słońce wcale nie spieszy się zachodzić. Po jakimś czasie krzaczasta polana zamieniała się w coraz bardziej uporządkowany krajobraz. Pod nogami było więcej mchu i niskich traw, a pojedyncze drzewa stały się rzadkim lasem. Po kilku krokach poczułam pod mchem podkłady kolejowe. To moja droga.

Nie minęło dużo czasu gdy znalazłam się na starej stacji. Długa platforma zachęcała do tego żeby zrobić sobie tam przerwę. Ledwo zdążyłam zjeść spakowaną kanapkę gdy usłyszałam, że nadjeżdża pociąg. Nikt mi nie powiedział, ze one tu jeżdżą… Może trafiłam na złe tory. Ale wygląd tego składu sugerował, że nie ma on nic wspólnego z prawdziwym pociągiem. Wagony raczej przypominały domki zbite ze starych, poszarzałych deseczek. Miały one skośne dachy, na różnych poziomach i okienka bez szyb. Niektóre na pewno miały dwa piętra. Rozejrzałam się w około. Na stacji nie ma żywego ducha. Z pociągu przez dłuższą chwilę tez nikt nie wysiada. Mrugam sprawdzając czy to nie jakieś omamy. Nic to nie daje, oprócz tego ze nagle zauważam wychyloną z wagonu postać. Patrzy się na mnie co najmniej tak samo zdziwiona jak ja. Nagle słyszę – „Co tak siedzi? Jedzie pani? To ostatni w tym miesiącu. Wsiadać szybko!” jedną ręką zgarnęłam swoje rzeczy i wbiegłam do pociągu, który zaczął już ruszać. Pan który przed chwilą mnie wołał gdzieś zniknął. Ale miałam wewnętrzne przeczucie, że trafie do swojego celu. Startuję z pośrodku niczego i w taki sam środek niczego muszę dotrzeć.

sen-platforma

Biegnę przez tę łąkę. Uciekam z miejsca, które było moim celem. A przed sobą widzę, ten jedyny w miesiącu, ostatni pociąg jeżdżący donikąd. Wysoka trawa plącze mi kolana, bardzo utrudniając bieg. Wiem, że tylko w środku pociągu mogę sprawdzić, kiedy będzie następny kurs, bo jeszcze nie powinnam wracać. Jest jeszcze ktoś, kto czeka aż go ze sobą zabiorę. Zdążyłam wskoczyć do pociągu i szybko spojrzałam na plan odjazdów, który był pięknie ozdobiony, lecz został zaszyfrowany skomplikowanym kodem. Byłam pewna, że w ciągu tych kilkunastu sekund nie rozszyfruję i nie zapamiętam tej rozpiski. Nerwowo sprawdziłam kieszenie – chciałam zrobić zdjęcie, ale zanim zdążyłam znaleźć telefon wiedziałam, że już za późno i stało się to czego obawiałam się najbardziej. Pociąg ruszył.

Ta myśl, że zostałam przez niego „porwana” przygniotła mnie strasznie. Ten pociąg… On tak naprawdę nie ma prostej drogi przed sobą. Gdy wsiądziesz, nie masz pojęcia gdzie dojedziesz. Porusza się, pomiędzy niczym, a niczym. Jak po białej plamie na mapie. Najbliższa stacja, wcale nie musi być tą leżącą geograficznie najbliżej. No to jestem w… lesie – pomyślałam.

Jazda nie trwała długo. Pociąg zatrzymał się. Niepewnie rozejrzałam się wokół. Stwierdziłam, że bezpieczniej będzie wysiąść i szukać własnej drogi. Tak też zrobiłam. Musiałam pokonać wiele kilometrów, zanim znalazłam oznaki cywilizacji. Wśród gęstych drzew jak gdyby nigdy nic stały zielone budynki. Prawie całe niebo było zakryte wielkimi prześwitującymi liśćmi. Miałam wrażenie, że tak wygląda plantacja rabarbaru z perspektywy stworzenia wielkości krasnala ogrodowego. Pojedynczy mieszkańcy tej mieściny w sumie wyglądali podobnie do nich. Przechodząc obok jednego z bloków, zauważyłam, że na ścianie ma wymalowane znaki,  podobne do tych w pociągu. Ale byłam zbyt zmęczona, żeby coś z tym zrobić. Nie byłam pewna jak daleko jestem od celu. Musiałam zachować trochę energii na resztę drogi. W końcu udało się, dotarłam na miejsce. „Placówka pomocy egzystencjalno-psychologicznej” wieściła tabliczka na drzwiach.

– Drogi kolego, idę cię uratować.

sen-krasnal

Weszłam do środka, przemierzając typowo szpitalne, ponure korytarze. Za to w pokojach pacjentów panował zupełnie inny klimat. Bardzo domowy – wszędzie dywany, serwety, suszone kwiaty w wazonach, stare meble. Wchodzę do sali kolegi. Mówię, że musimy trochę poczekać. Przyjmuje to z wyrozumieniem. Szybko się ściemniło, dlatego postanowiłam nazajutrz wybrać się do miasta spróbować rozgryźć te dziwne znaki, które widziałam na bloku i w pociągu.

Pierwsze promienie światła przebijały się przez drzewa gdy zakładałam buty. Było tak przyjemnie świeżo, że postanowiłam biec. W ciągu kilkudziesięciu minut byłam na miejscu. Kolejne pół godziny spędziłam z notatnikiem, próbując rozszyfrować dziwny kod. Zaczęłam zauważać, że zdobienia w formie częściowo zaczernionych kół mają tu swoją rolę. Wszystkie zaczernione obszary stanowiły części ósme. Jedna rzecz przyszła mi do głowy w związku z tą obserwacją – to muszą być oktany zachmurzenia! Uznałam, że musimy jutro spróbować.

Nie marnując czasu zebraliśmy ze sobą bagaże i pobiegliśmy w stronę łąki. Było niepokojąco słonecznie. Na horyzoncie żadnej chmury. Zajrzeliśmy jeszcze do środka opuszczonego dworca sprawdzając czy nikt inny nie czeka. Żadnej żywej duszy.  Spędziliśmy tam kolejne kilka godzin jedząc kanapki i gadając o głupotach. Niemal zapominając o całym świecie. Gdy nareszcie nadeszły chmury zaczęłam się rozglądać wyczekując pociągu. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Ale znajdowałam na to świetne wytłumaczenie: nie mam doświadczenia w szacowaniu zachmurzenia.
W końcu usłyszałam znajomy dźwięk. Tak, to on!  To było wspaniałe uczucie wreszcie się stąd wyrwać. Zwłaszcza mając swoje małe marzenie – cel do zrealizowania w mieście.

sen-dworzec

Szybko wskoczyliśmy do środka i ruszyliśmy szukać miejsca w wagonie. Przekraczając drzwi z przedsionka znaleźliśmy się w jakby innym świecie. W środku wagonu było jak w klimatycznym barze. Na drewnianych ścianach wisiały poroża, stare tabliczki z pięknymi grafikami, lampki choinkowe z papierowymi kloszami i inne bibeloty. Wszędzie unosił się dym papierosów, a za stołami siedzieli starsi panowie popijający piwo. Kolega od razu do nich dołączył. A ja jeszcze przez chwilę nie mogłam się nadziwić temu widokowi. Zupełnie różnił się od tego co doświadczyłam. Ale w sumie pasowało mi to. Atmosfera była bardzo przyjemna. Znalazłam jedyne wolne miejsce przy oknie. Usiadłam tam kładąc duży plecak na kolanach. Bardzo szybko zasnęłam w tym barowym gwarze.

sen-bar

Dojechaliśmy do miasta. Byliśmy wystarczająco wypoczęci i chętni żeby od razu wybrać się na miejski basen, który był naszym małym celem, częścią wielkiej miejskiej przygody.
Ośrodek sportu i rekreacji, do którego wybraliśmy się nie wyglądał zbyt zachęcająco. Zadziwiły mnie pielęgniarki które tam się krzątały. Okazało się, że miejsce to dostało nowe zastosowanie. Znajduje się tu teraz głównie sanatorium, a basen jest tylko dodatkiem. Zapał jakoś osłabł, wyobrażenie dobrej zabawy nieco przygasło. No cóż, to, po co przyjechaliśmy, czyli basen, jest wciąż dostępny, więc głupotą byłoby nie skorzystać. Ale  to, co zobaczyliśmy, wyglądało jak scena z jakiegoś dziwnego snu. W pustym basenie małe dziewczynki ćwiczyły pływanie razem z poważnym trenerem. Wyglądało to trochę jak teatr. Wszyscy byli totalnie zaangażowani w to co robili. Tak jakby brak wody był zupełnie czymś normalnym.

Spektakl ten przerwał wysoki głos dyrektorki. Kazała napuścić wody bo „goście przyszli”. Z kilku natrysków w podłodze zaczęła lecieć woda, jak z fontanny. Dziewczynki zaczęły skakać, biegać po całym basenie ciesząc się wodą.  Ale ona wciąż odpływała. Podeszłam do odpływu sprawdzić co jest nie tak. Wśród starych węży znalazłam wielki korek, wyglądający jak ten do zlewu i zatkałam odpływ. W basenie zaczęła zbierać się woda. Radości dziewczynek nie było końca. W pewnym momencie wody przestało przybywać. Właściwie sięgała nam jedynie do kolan, ale nawet taka ilość sprawiała wystarczająco dużo frajdy. Bawiliśmy się jak dzieci do czasu gdy się obudziłam.

sen-basen

Disclaimer

Pewnego dnia Maciek obrabiał zdjęcia z jednego ze swoich „krajoznawczych” wyjazdów. Kinga, zerkając mu przez ramię na ekran powiedziała

– O, to miejsce wygląda zupełnie jak z mojego wczorajszego snu! Takie same światło! I basen!

Tak, Kinga miewa bardzo… plastyczne i rozbudowane sny.

Opublikowano